Wiatr delikatnie muskał liście wierzb rosnących nieopodal małej, drewnianej chaty.  Ten lekki, nieznaczny ruch sprawiał, że drzewa wyglądały jak żywe. Witały gości machając gałęziami. Przed domkiem znajdował się mały, zadbany ogródek. Drzwi były uchylone i skrzypiały od czasu do czasu. Wnętrze przedstawiało się dość ubogo – palenisko, prowizoryczne łóżko stworzone ze sterty koców i chyboczący się stół.
    Niska, zgarbiona babuleńka opatrywała rękę młodej kobiecie.
- Powinnaś bardziej uważać , Anais – staruszka skończyła zakładać szew.
- Wiem, wiem. Nie mogłam zostawić tego dziecka na pastwę wściekłego psa. Nie dość, że było sierotą.. – wieśniaczka westchnęła i spojrzała na zielarkę.
- Masz dobre serce, kochanieńka. W tych czasach to rzadkość  – babinka zaczęła z zapałem mieszać ze sobą zioła w małej miseczce.
Kobieta nie odpowiedziała i rozejrzała się po chacie. Nie znalazła niczego, na czym mogłaby zawiesić oko, więc zajęła się obserwowaniem miejscowej znachorki.
- Gotowe  – babuleńka wskazała na zieloną paćkę  – Smaruj ranę codziennie wieczorem.
- Dziękuję, babciu Mari  – Anais uśmiechnęła się do staruszki na pożegnanie i wyszła.
   Czarny kot miauknął obwieszczając swoje przybycie i wskoczył na stół, który niebezpiecznie przechylił się na jedną stronę. W pyszczku trzymał rulonik papieru. Babka pogłaskała zwierzę za uchem i przeczytała wiadomość. Zmarszczyła brwi i zacmokała z niezadowoleniem. Wymamrotała zaklęcie i po chwili zniknęła. W powietrzu zawirował pojedynczy, ciemnoczerwony włos…


0 komentarze:

Prześlij komentarz

Liczba wyświetleń

Obserwatorzy

O mnie

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Kontakt

GG - 28949214
Piszcie w sprawie opowiadań, albo jak bo jak będziecie mieli jakieś pytania, albo jak po prostu najdzie Was chęć na pogadanie ze mną. xD ^o^